MY WAY CZYLI MOJA HISTORIA

Czekając na ostatniej prostej na swojego potomka, wzięło mnie na wspomnienia i rozważania o życiu… Nie znam wielu osób, które w młodym wieku, tuż po maturalnych torturach, wiedziały, co chcą robić w życiu. Wy podejrzewam też, choć oczywiście szczęściarze z pasją i powołaniem też się zdarzają. Wówczas można konsekwentnie iść w jednym kierunku i budować wymarzoną karierę od najmłodszych lat. Konsekwencja to, jak wiem z doświadczenia, słowo klucz. Ale wracając do przeciętnego Kowalskiego, mając mętlik w głowie co po maturze, wybiera szkołę byle jaką albo żadną. Jak to się kończy, wiadomo, nieciekawie. Czasem szczęście i przypadek (lub przeznaczenie, jak zwał tak zwał) robią swoje. Wtedy Kowalski trafi na odpowiednich ludzi, odpowiednią firmę, tak się zaczepi i zakorzeni, że nagle przepracuje 50 lat w jednej firmie, wspinając się po szczeblach kariery. Rzadko udaje się bez studiów, ale kursy, czy szkoły zaoczne, też się sprawdzają. 

Jaka była moja droga? Nie tak kręta i wyboista, bo zdarzały się odcinki szalonej Route 66. Jednym słowem przebojowa, odważna natura zawsze dawała się we znaki, szczególnie rodzicom. Byłam wichurą nie do ogarnięcia. Moje plany, choć nie zawsze trafione, konsekwentnie realizowałam. Dużo w tym było przypadku (a może przeznaczenia, bo nie lubię określenia przypadek). Nic się nie dzieje bez przyczyny… Ja, dziewczyna niby nieśmiała, bo z małej podwarszawskiej miejscowości, miałam w sobie wielkie pokłady energii i ogromną chęć odkrywania świata. Już w liceum imałam się różnych zajęć. Od prac dorywczych po modeling włącznie. Modelką z powołania nigdy nie byłam, bo średnio mi się ten zawód spodobał. Dzięki niemu przeżyłam wiele niesamowitych przygód, natomiast trzeba być w tej robocie czujnym i ostrożnym. Nie poddawać się presji odchudzania czy wpływom nieodpowiednich ludzi, co może być trudne w młodym wieku. Najfajniej wspominam historię współpracy z francuską firmą szyjącą słynne suknie ślubne Cymbeline. Przez jeden sezon letni byłam ich modelką i latałam po Europie na pokazy i showroomy. Niezapomniana frajda, mimo, że czasem było od groma roboty. Na jednym z showroomów, w Barcelonie, poznałam Brytyjkę, panią Stalker, która zaprosiła mnie do swojego domu na wsi na pół roku, 60 km od Manchesteru, w roli au-pair. Kiedyś chodziło mi to po głowie, bo au-pair to super przygoda i niezła szkoła życia dla młodej dziewczyny. Przez kolejne pół roku, zaraz po maturze, byłam opiekunką trzech słodkich brytyjskich dzieciaków. Było fantastycznie, doszlifowałam swój angielski niemal do perfekcji i „zdobyłam” nową wspaniałą rodzinę, z którą mam kontakt do dziś (a minęło 12 lat). Teraz najlepsze…. Gdy w weekendy rozpoczełam pracę za barem w małym miasteczku koło naszej wsi, tuż przed wigilią do knajpy przyszedł szef brytyjskiej telewizji Telecoms TV i zaproponował mi udział w castingu do polskiego programu nagrywanego w Londynie. Nie brałam go na początku poważnie, myślałam, że chce ogłupić młodą Polkę, ale nic z tych rzeczy. Okazało się, że naprawdę nagrywał program dla Polsatu na licencji brytyjskiej, a w Polsce odbywały się castingi. Ja dostałam szansę spróbowania swoich sił prosto w studiu w Londynie. Skorzystałam, ale dopiero po upływie około miesiąca od tego zdarzenia. Oczywiście sądziłam, że nic z tego, gdzie ja i telewizja? Nie miałam żadnego doświadczenia, a szukali prowadzącej program call tv, czyli gry telewizyjne typu „zdgadnij co to za słowo?”. Na pewno kojarzycie, kiedyś były modne, a nawet kultowe. Tam trzeba naprawdę umieć nawijać, nawet do godziny ciągiem. Weszłam do studia, poznałam producenta, powiedział o co chodzi i dał mi dużo czasu na pokonanie stresu (na normalnych castingach nie ma takiej szansy). Gdy stanęłam przed kamerą, byłam oczywiście do niczego, ale okazało się, że mam niesamowicie podzielną uwagę i mając podsłuch w uchu, mówiłam dokładnie to, co mi podpowiadał w tym samym momencie. Nagle załapało! Uwierzycie, lub nie, ale następnego dnia, przed 8 rano, gdy byłam jeszcze w Londynie, zadzwonili z Polsatu, że chcą mnie na próbę! Hahaha, nie do wiary! Jak to?! Przecież muszę wracać na wieś, powiadomić ‚moją’ rodzinę, rodziców… Dali mi całe 3 dni. W tym czasie pojechałam na północ, do rodzinki Stalkerów, zabrać rzeczy, poleciałam do rodziców, wytłumaczyć, o co chodzi i wróciłam do Londynu z małą walizką, bo przecież długo tam nie posiedzę. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie dwa lata to szmat czasu (śmiech). A dokładniej – ponad pół roku w Londynie i półtora w Wilnie, bo przenieśli nam studio na Litwę. Co za przygoda, co za życie, co za warunki pracy! Rozpieścili mnie! Mieszkając w Wilnie zaczęłam zaoczne studia w Warszawie. Łatwo nie było, ale po roku dojazdów wróciłam do Warszawy i było już z górki. Udało się skończyć socjologię. Dziwny kierunek, ale tak wyszło. Gdy wróciłam, brakowało mi tej super roboty, więc szukałam, co mogłabym dalej robić w tym kierunku. Dowiedziałam się o castingu do Vivy – kultowej stacji muzycznej. Przeszłam kilka etapów… i wygrałam casting! Pracowałam 5 lat jako prezenterka muzyczna Vivy. Później był jeszcze RBL, 4FUNTV, a teraz siedzę sobie z brzuszkiem w domu i czekam na największą przygodę;)  
Postanowiłam też zrobić sobie tzw. backup i zająć czymś, co naprawdę kocham, gdybym zrezygnowała z telewizji albo gdyby nic ciekawego nie było do roboty na horyzoncie. Chodzi o sport i zdrowy tryb życia. Od dziecka jestem fit freakiem, czyli osobą, która kocha ruch i interesuje się jedzeniem. Zmotywowana przez przyjaciela trenera, skończyłam kilka kursów Polskiej Akademii Sportu w kierunku trenera personalnego, instruktora fitness i managera sportu. Ci bardziej spięci twierdzą, że co to za instruktor, który nie skończył AWF? Wtedy odpowiadam, że ten z pasją;) Nie pracuję zawodowo jako instruktor, natomiast zarażam ludzi swoją wiedzą i miłością do sportu poprzez projekt, który stworzyłam razem z koleżanką fitnesską i nauczycielem tańca Pauliną Łebską. Projekt nazywa się „Babki w formie’. Darmowo, na zmianę, prowadzimy treningi w plenerze dla kobitek. Zdarzają się też super wyjazdy. Przez prawie rok pracowałam w Klinice Medycyny Wellness Medicover jako motywator sportowy dla osób z dużą nadwagą. Podpowiadałam jak zacząć, jak się przemóc i nie zniechęcić. Fantastycznie jest pomagać, dlatego też podjęłam się współprowadzenia fundacji na rzecz dzieci i mam „PIPPI”.
Uważam, że jeśli czegoś pragniemy, jesteśmy w stanie to osiągnąć w każdym momencie życia. Niezależnie od pochodzenia, czy stanu posiadania. Wystarczy chcieć, trochę się postarać, wyjść do ludzi i korzystać z danych szans. Wkurza mnie, gdy ktoś tylko siedzi i narzeka, jakie to ma nudne albo trudne życie. Bardzo się cieszę, że teraz świat stoi dla ludzi otworem. Wszystko jest możliwe! Kiedyś nie było takich możliwości, a bilety lotnicze drogie. Korzystajcie póki możecie! Życie mamy jedno, więc starajmy się je wykorzystać wedle własnych pragnień, nawet pod prąd;)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O autorce

Ciąża to wielkie wyzwanie dla każdej z nas, dla mnie stała się na tyle inspirująca, żeby założyć bloga i dzielić się swoimi spostrzeżeniami. Na co dzień jestem prezenterką TV i fit freakiem, przez co postanowiłam wykształcić się też w kierunku fitnessu i sportowego managementu. Obecnie dzielę się swoją pasją prowadząc projekt sportowy dla kobiet 'Babki w formie', a także fundacje prozdrowotną dla mam i dzieci "PIPPI'. Zapraszam serdecznie na mojego bloga:)! NATALIA JAKUŁA

Instagram